Mapy, przewodniki
Wyszukiwarka
Kalendarz imprez
Subskrypcja

Nowe wydawnictwa
  • 2018-02-15 18:09

    Podstawowym celem niniejszej publikacji jest całościowa prezentacja artystycznego i kulturowego fenomenu, jakim było malarstwo na Śląsku w dobie baroku. Dlatego w książce ujęci zostali wszyscy znani z zachowanej twórczości, najważniejsi ówcześni malarze, którzy byli czynni na Śląsku lub pracowali dla tamtejszych zleceniodawców. Uwzględniono także ich wszystkie wykonane dla śląskich odbiorców prace w różnych technikach i gatunkach...

  • 2018-02-01 10:34

    Tajemniczy, malowniczy i wzbudzający ciekawość większości Polaków… Wałbrzych ma wiele zakamarków, ciekawostek czających się w wąskich zaułkach i niezbadanych podziemi skrywających drogocenne przedmioty. Ma swoją księżniczkę – urzekającą Daisy – i księcia, który tylko dla niej sprowadził z Sycylii siedem wagonów kolejowych wypełnionych zastygłą lawą z wulkanu Etna. Wśród pięknych kwiatów w stworzonej z miłości palmiarni kryją się historie, o których zranione serca chciałyby zapomnieć…

  • 2018-02-01 10:31

    Słynie jako miasto mostów. Zachwyca architekturą. Uwodzi i obiecuje moc ekscytujących wrażeń. Wrocław od lat niczym niepokojąco piękna kobieta urzeka i skrywa sekrety… Tamara Barriga z pasją i odwagą wnika w nieodkryte dotąd tajemnice Wrocławia. Zdradza, dlaczego w Mrówkowcu mieszka się luksusowo i… nieznośnie. Opowiada o ludziach, którzy wyróżniali się mądrością, pracowitością, a w końcu zapisali się w historii miasta

  • 2018-02-01 10:04

    W lutowym numerze Magazynu Turystyki Rowerowej "Rowertour" pojawił się wątek dolnośląski. Grażyna Pastuszka, w artykule "Frankenstein i rycerz ze złotą ręką" opisuje swoją rowerową, 4-dniową eskapadę po bliższych i dalszych okolicach Ząbkowic Śląskich. Poza tym sporo ciekawych rowerowych relacji z Polski (m.in. południowa Wielkopolska, Mazury oraz Małopolska) i ze świata (m.in. USA, Mongolia, Paragwaj)

  • 2017-12-18 10:06

    Miłośników Gór Izerskich z pewnością zainteresuje nowa publikacja Petra Freiwilliga, która nosi tytuł „Od młynów do fabryk. Budowle przemysłowe na ziemi frydlanckiej” (tytuł oryginalny: „Od mlýnů k továrnám. Výrobní stavby na Frýdlantsku”). Książka jest wynikiem kilku lat pracy autora w archiwach oraz w terenie. Poświęcona jest budynkom przemysłowym, takim jak młyny, tartaki, cegielnie oraz fabryki tekstylne. Publikacja przedstawia również rozwój osadnictwa oraz przemiany krajobrazu

Wizyt:
Dzisiaj: 99Wszystkich: 2442771

Wenecja, jakiej nie znacie

     Włoskie klimaty nigdy nie były mi szczególnie bliskie. Kraj piękny, zróżnicowany pod każdym względem, bogaty w zabytki, atrakcje turystyczne, znany powszechnie ze swej wyjątkowej kuchni, ale za gorący... Jestem zimnolubny, zawsze wolałem północne rejony Europy niż upalne południe. A gdyby tak wybrać się do Włoch zimą? W styczniu? Pod wieloma względami nie jest to najlepszy czas na zwiedzanie, ale wszystkie poradniki mówią, że przede wszystkim nie ma wtedy tłumów, a to już jest jakaś zachęta. Wybór padł na Wenecję!

     Do każdego wyjazdu trzeba się solidnie przygotować. Pod każdym względem. Warto swój cel poznać, dowiedzieć się o nim jak najwięcej, poczuć jego klimat jeszcze przed osobistym spotkaniem. Dzień przed wyjazdem miałem przyjemność być gościem włoskiej restauracji Volare (Wrocław, ul. Więzienna 21). To wyjątkowe na kulinarnej mapie Wrocławia miejsce, bo o ile "włoskiej" kuchni mamy w mieście prawdziwe zatrzęsienie, to na palcach jednej ręki można by pewnie policzyć te prawdziwie włoskie, z klimatem i przede wszystkim z profesjonalnymi kucharzami i obsługą. Nie sposób w kilku zdaniach opisać kulinarne doznania, jakie zaserwowała nam właścicielka lokalu, Mirosława Adamczak. O tym przeczytać możecie w artykule „Włoski smak we Wrocławiu”.
 


Do Wenecji zaprasza kapitan z obrazu Alessandro Longhiego (Museo Correr)
 

     Jakoś do Wenecji trzeba dotrzeć. Najszybciej, a często również najtaniej: samolotem. Na oba weneckie lotniska z Polski latają tanie linie lotnicze, my skorzystaliśmy z usług EasyJet (bilety kosztowały nas w sumie ok. 200 zł, za dwie osoby, w obie strony). Wylądowaliśmy na lotnisku Marco Polo, skąd do miasta można dostać się komunikacją miejską. I tutaj pierwsze potwierdzenie, że warto przed wyjazdem poczytać o swoim celu. Bilet komunikacji miejskiej z lotniska kosztuje 8 euro od osoby, ale mądrzejsi o wiedzę znalezioną na forach turystycznych, podeszliśmy piechotą (10 minut) jeden przystanek, by za ten sam kurs zapłacić… 1,50 euro (warto wcześniej zaopatrzyć się w bilety w aplikacji AVM Venezia Official App i aktywować je przed wejściem do autobusu). Bilet kupiony u kierowcy kosztuje 3 euro, a więc też dużo taniej niż kupiony na lotnisku.
 


Skromny, ale przytulny pokój w A&O Hotel w Wenecji
 

     Kolejną ważną sprawą w Wenecji, jak i w każdym innym miejscu, jest nocleg. Hotele i pensjonaty na samej wyspie nie należą do najtańszych, są co prawda wygodnie położone, prosto spod drzwi hotelu możemy pójść na wycieczkę, ale ich cena jest dość wysoka. Warto zatem pomyśleć o noclegu w części lądowej Wenecji, w Mestre. Komunikacja jest świetnie zorganizowana, więc dotarcie na wyspę nie zajmuje zbyt wiele czasu. Ważnym dla nas było, by od hotelu było niedaleko do przystanku autobusowego, wybraliśmy więc nowo otwarty w 2017 roku obiekt sieci A&O Hotel (strona www dostępna również w języku polskim) z której miałem okazję już kilka razy korzystać m.in. w Berlinie. Zawsze ujmuje mnie w recepcji zaangażowanie obsługi, ich uśmiech, życzliwość i chęć pomocy. Niebanalne są też wystroje hoteli, w Wenecji (jest tutaj również tańsza część hostelowa), na parterze mamy całodobowy bar, miejsce gdzie można wypić kawę, kącik zabaw dla dzieci, a nawet (jakżeby inaczej!) możliwość przebrania się w karnawałowe, weneckie stroje i założenia jednej z tak szeroko znanych w świecie masek. Nasz pokój spodobał nam się od pierwszego wejrzenia: dwa wygodne łóżka, łazienka, telewizor, stolik, klimatyzacja – czegóż chcieć więcej – to aż nadto jak na nasz sposób podróżowania i poznawania świata. Zaciekawiły nas drzwi w ścianie do pokoju obok, zamknięte na cztery spusty. Okazało się, że to możliwość stworzenia z dwóch pokoi dwuosobowych jednego, rodzinnego – świetna propozycja dla rodzin z dziećmi. A ceny? W części hostelowej, miejsce w pokoju wieloosobowym to koszt od 12 euro, w części hotelowej o wyższym rzecz jasna standardzie za pokój zapłacimy, w zależności od terminu, 35-45 euro.
 

Plac św. Marka (bazylika z prawej) czasami jest pod wodą
 

Most Westchnień (wcale nie takie znów romantyczne miejsce)
 

Most Rialto - najbardziej znany z weneckich mostów
 

     No to ruszamy na podbój Wenecji! Standardowo turyści przyjeżdżają tutaj na jeden dzień, Wenecja jest albo przystankiem w podróży, albo jednym z wielu punktów na trasie wycieczki zaplanowanej przez biuro podróży. Plac św. Marka, bazylika, Most Westchnień, Most Rialto, rejs tramwajem wodnym lub gondolą przez Canal Grande, czas wolny na zakup pamiątek – to z reguły wszystko, co zobaczą i przeżyją jednodniowy turyści w Wenecji – córka miała taką przyjemność kilka lat temu. Czy to wystarcza? Odpowiedzią niech będą jej słowa po naszym pierwszym, pełnym dniu w Wenecji: Tato, ja jednak nie byłam w prawdziwej Wenecji. Ile zatem trzeba spędzić czasu, by w pełni poczuć miasto na wodzie? Nasze pełne trzy dni okazały się za krótkim okresem, jeszcze tutaj wrócimy, optymalnie wydaje się, że w Wenecji trzeba spędzić przynajmniej pięć dni. Co zobaczyć? O standardowych miejscach znajdziecie informacje w każdym, nawet najmniejszym przewodniku, tutaj zaproponuję kilka niebanalnych, mało znanych atrakcji i miejsc.
 


Na Canal Grande toczy się życie Wenecji (ale nie tylko życie)
 

Najniezwyklejsza ulica na świecie: Canal Grande, w tle Most Rialto
 

Na Plac św. Marka przybywamy od strony wody
 

     Od wieków kupcy i podróżnicy przybywali do Wenecji od strony morza, cumując swe statki najczęściej w pobliżu Piazza San Marco (Placu św. Marka). Przybądźmy więc w ten sam, tradycyjny sposób. Z lądu na wyspę dotrzemy długą na ponad 3,5 kilometra groblą. Od końcowego przystanku komunikacji miejskiej w kilka chwil znajdziemy się na nabrzeżu, skąd odpływają tramwaje wodne nr 1 i 2 (vaporetto) – obydwoma dotrzemy do Placu św. Marka, po drodze podziwiając pałace stojące przy najpiękniejszej i najbardziej niezwykłej ulicy na świecie: Canal Grande. Pierwszy rejs zawsze powoduje szybsze bicie serca i otwarte z zachwytu usta, potem jest już normalniej, ale niezmiennie płynięcie Canal Grande dostarcza niezapomnianych wrażeń i przeżyć. Po drodze tramwaj wodny zatrzymuje się na wielu przystankach, warto zająć miejsce na jego dziobie lub rufie – pozwala na nieograniczone chłonięcie architektury miasta i jego klimatu. Co chwila mijamy się z ciekawymi łodziami, trzeba pamiętać, że w Wenecji nie ma samochodów, nie ma rowerów, a wszystkie towary dostarcza się łodziami, mijamy więc łodzie firm kurierskich DHL, DPD, chłodnię Algidy, policję, straż pożarną, a nawet karawan pogrzebowy płynący dostojnie na wyspę San Michele, która w całości przeznaczona została na cmentarz.
 


Turystyczna Wenecja ma pełno swojskich zakamarków
 

Ślepy zaułek nad jednym z kanałów
 

W labiryncie wąskich uliczek
 

Ależ tu szeroko, jak na Wenecję!
 

W zapomnianych uliczkach co rusz spotkać można kapliczki w ścianach budynków
 

     Największy urok Wenecji leży w jej labiryncie wąskich uliczek, czasami tak wąskich, że trudno minąć się na nich we dwie osoby. Sąsiedzi zaglądają sobie do mieszkań naprzeciwko, bo ich okna oddalone są od siebie często zaledwie o metr. Spacerując wieczorem po wyludnionych uliczkach (Wenecja jest w zasadzie bardzo tłoczna tylko w dzień i na głównych ulicach) można poczuć się nieswojo, ale mimo że wielokrotnie trafialiśmy w ślepe zaułki, gdzie oprócz nas była tylko grupa miejscowej młodzieży, a w powietrzu unosił się zapach palonej marihuany, ani przez moment nie czuliśmy się zagrożeni. Niektóre uliczki kończą się kanałem, inne ślepą ścianą, wiele prowadzi też na maleńkie podwórka, gdzie można poczuć prawdziwą Wenecję, nie tę wychuchaną, czystą,z kolorowymi wystawami, ale czasem wręcz brudną, zabałaganioną, a przy tym nadal urokliwą i swojską, zwłaszcza gdy ponad naszymi głowami suszy się rozciągniete na sznurze pranie. Zasada jest prosta: im dalej od ruchliwych części miasta, zwłaszcza Placu św. Marka i Mostu Rialto, tym Wenecja jest autentyczniejsza i prawdziwsza. Te wąskie uliczki to najprawdziwszy skarb Wenecji.
 


Widok z dachu centrum handlowego na Most Rialto
 

Ponad dachami Wenecji
 

U naszych stóp Canal Grande
 

     W mieście jest kilka miejsc, z których można na nie spojrzeć z wysokości. Powszechnie znana jest 99-metrowa dzwonnica (Campanile di San Marco) na głównym placu, ale wjazd na nią kosztuje dość sporo, bo 8 euro. Taniej, ale i z niższej wysokości można spojrzeć na dachy Wenecji po kupieniu biletu do muzeum, jakie znajduje się w bazylice św. Marka lub wdrapując się na Wieżę Zegarową (Torre dell’Orologio). Mało kto jednak wie, że przy Moście Rialto jest możliwość wejścia na dach centrum handlowego T Fondaco dei Tedeschi i podziwiania stamtąd panoramy mostu i jego okolic. Wstęp jest bezpłatny, ale pojemność tarasu to 80 osób, więc czasami trzeba trochę poczekać na wejście. Można również zarezerwować sobie wstęp poprzez stronę internetową na konkretny dzień i godzinę. Stanowiska do rezerwacji wstępu znajdują się również przy wejściu na dach. Warto to zrobić wcześniej, bo w sezonie chętnych na wejście jest całkiem sporo.
 


Mozaika na domu przy przystani w Murano
 

Szklana kometa spadła w centrum Murano
 

W Muzeum Szkła...
 

Szklane cacuszka - wyroby z Murano
 

Prawdziwie kolorowe szklane morze
 

     Wenecja to miasto na wodzie, zbudowane na setkach tysięcy dębowych pali wbitych w morskie dno. Główne miasto to jednak nie jedyna wyspa w granicach miasta, jest ich znacznie więcej. Jedną z najciekawszych pod względem historycznym jest wyspa Murano (to tak naprawdę kilka połączonych ze sobą mostkami wysp). Od kiedy w XIII wieku postanowiono ze względów przeciwpożarowych przenieść wszystkie weneckie warsztaty wyrobu szkła na Murano, miejsce to znane jest przede wszystkim z tego rzemiosła. Jest tu kilka godnych uwagi zabytków, ale dominującym elementem, wyzierającym z każdego kąta jest przepiękne szkło, w tym tzw. szkło millefiori, które wyrabiane było i w naszej sudeckiej hucie Orle w Górach Izerskich i którego technologia produkcji przybyła na Śląsk właśnie z Murano. Aby w pełni poczuć klimat wyspy, trzeba odwiedzić tutejsze Muzeum Szkła. Jego ekspozycja trochę niestety rozczarowuje, niemniej jednak pozwala na poznanie specyfiki pracy mieszkańców Murano, sprzedawców szkła i szklanej biżuterii, a także historię wyrobu szkła kolorowego. Ciekawiej jest w licznych sklepikach, które oferują bardzo szeroki asortyment wyrobów o niezwykłych kolorach, kształtach i przeróżnej wielkości, od małych zawieszek, broszek w cenie kilku, kilkunastu euro po ogromne prace, za które zapłacimy nawet kilka tysięcy euro. Pamiętać przy tym trzeba, że wyroby te to ręczna praca miejscowych rzemieślników i nie ma tu miejsca na tanie chińskie podróbki.
 


Niezwykle kolorowe domy na Burano
 

Turyści turystami, ale życie toczy się tutaj normalnie
 

Koronkarka przy pracy, obraz Antonia Rotty (XIX w.)
 

A to niespodzianka: wyobrażenie Marii jako dziecka
 

Odpoczynek nad brzegiem morza, w tle ośnieżone szczyty Dolomitów
 

     Kolejna warte poznania miejsce to wyspa Burano. Najbardziej kolorowe zdjęcia z Wenecji pochodzą właśnie stąd. Wynika to z niezwykle kolorowych domów, które od wieków rozjaśniają jej krajobraz. Kiedyś malowano je na jaskrawe kolory, by rybacy we mgle mogli łatwiej trafić do swych domów, dzisiaj stanowią nie lada atrakcję turystyczną i miejsce, gdzie migawki aparatów trzaskają z ogromną częstotliwością. Tu też znaleźć można kilka ciekawych zabytków, jest nawet imponująca krzywa wieża, ale największą atrakcją przyciągającą turystów są właśnie te kolorowe domy oraz koronkarstwo, które stało się specjalnością mieszkańców Burano. Na wyspie działa Muzeum Koronkarstwa przybliżające jego historię, a także prezentujące niezwykłe dzieła miejscowych rzemieślników i artystów.
 


Zespół klasztorny na wyspie Torcello
 

Diabelski Most, kiedyś było takich wiele, dzisiaj to unikat
 

Życie na Torcello zdaje się płynąć znacznie wolniej...
 

     Z Burano w kilka minut tramwajem wodnym można dotrzeć na kolejną wyspę: Torcello. To już zupełnie inny świat. O ile główna wenecka wyspa sprawia wrażenie wielkiego centrum turystycznego, Murano przypomina swą architekturą robotnicze klimaty Łodzi, a Burano ze swymi kolorowymi trotuarami nad kanałem jest idealne na romantyczne spacery, to Torcello prezentuje się najmniej okazale, niemal jak wieś. Mieszka na niej zaledwie kilkanaście osób, ale niech nikogo nie zwiedzie jej wiejskość, bo to właśnie ta część Wenecji jest najstarsza. Dość wspomnieć, że budowę stojącego na wyspie kościoła Santa Maria Assunta di Torcello rozpoczęto w 639 roku (rok po tym, jak wyspa stała się siedzibą biskupa)! Klimat wyspy jest niesamowity. Z przystani do jej centrum prowadzi jedna dróżka wzdłuż kanału (tutaj również nie uświadczycie samochodów), po drodze mijamy m.in. Diabelski Most, który oprócz funkcji komunikacyjnych, dawno temu służył zabawom miejscowych panów: dwie drużyny starały się nawzajem zrzucić z niego do wody. Kościół i jego najbliższe otoczenie pełne są zabytkowych miejsc. Warto wspomnieć przynajmniej o pozostałościach oratorium z XI wieku, gdzie według legendy po raz pierwszy weneckiej ziemi dotknęły wykradzione z Aleksandrii szczątki św. Marka.
 


Obraz Rubensa w kościele Santa Maria del Giglio
 

"Madonna rodu Pesaro" Tycjana w kościele Santa Maria dei Frari
 

W pełnej wody Wenecji nie mogło zabraknąć św. Jana Nepomucena (kościół San Polo)
 

     W Wenecji znajduje się kilkadziesiąt kościołów, a kiedyś było ich znacznie więcej. Nie sposób je wszystkie zwiedzić, nie wszystkie też są udostępnione do zwiedzania. Poza sztandarową pozycją, jaką jest bazylika św. Marka, chciałbym polecić uwadze dwa inne kościoły, a to ze względu na znajdujące się w nich dzieła Tycjana i Rubensa. Pierwszym z nich jest franciszkański kościół Santa Maria Gloriosa dei Frari, w którym znajdziemy dwa świetne dzieła Tycjana: Assunta oraz Madonnę rodu Pesaro, a oprócz tego okazały grobowiec Tycjana i znacznie skromniejszy grób wybitnego kompozytora Claudio Monteverdiego. Drugim z kościołów jest Santa Maria del Giglio, w którym w bocznej kaplicy (na prawo od wejścia) możemy podziwiać prezentowany z honorami obraz Rubensa zatytułowany Madonna z Dzieciątkiem i małym św. Janem. Wstęp do wielu weneckich kościołów jest płatny, dlatego jeśli mamy w planach ich zwiedzanie, warto pomyśleć o specjalnej karcie turystycznej, która pozwala na wstęp do nich z możliwością zaoszczędzenia paru euro. Karty mogą być w różnej konfiguracji z zakodowanymi wstępami do wybranych miejsc, jest też wersja z czasowymi biletami na komunikację miejską (bardzo opłacalna, jeśli chcemy korzystać z tramwajów wodnych vaporetto).
 


Weneckie studnie to tak naprawdę skomplikowane dzieło
 

Nieczynne już dzisiaj studnie można spotkać na niemal każdym placu
 

     Jak na pierwszy raz, wystarczy tego wędrowania po mało znanej Wenecji. Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pomijany przez turystów element, jaki dość często spotkać można na dawnych, weneckich dziedzińcach. To studnie, które co prawda już nie pełnią swych funkcji, ale wciąż ich obudowy stoją na placach i placykach. Jak były ważne można sobie uzmysłowić, gdy zrozumie się, że co prawda wody wokół dostatek, ale jest to woda morska, słona, a więc nie nadającą się do spożycia. Jak zatem radzili sobie mieszkańcy Wenecji? Niemal do perfekcji doprowadzono gromadzenie wody deszczowej, wykorzystując do tego każdy nadający się skrawek miasta. Patrząc na pozostałości studni, nawet nie wyobrażamy sobie jak skomplikowana konstrukcja znajduje się pod naszymi stopami. Na samym początku kopano głęboki dół, zajmujący często cały plac, który dokładnie wykładano gliną, potem wysypywano piaskiem. W piasek wpuszczany był ceglany szyb studzienny, który kończył się tuż nad grubą warstwą gliny. Deszczówka spływała po pochyłej nawierzchni placu, często była też doprowadzana kamiennymi rynnami. Woda wsiąkając w piasek była przy okazji oczyszczana, a gdy było jej wystarczająco dużo, pojawiała się w studni. Tak drogie konstrukcje były odpowiednio chronione, zamykane kłódkami i otwierane o wyznaczonych porach.
 


Weneckie targowiska Rialto słyną z różnorodności
 

Jak tu nie zakochać się we włoskich słodyczach?
 

Produkt regionalny z wyspy Burano - pyszne ciasteczka
 

W oczekiwaniu na obiad w małej, przytulnej osterii
 

     Wenecja jest miejscem wyjątkowym pod wieloma względami. Opinie o niej bywają skrajne, od zachwytu po pełne żalu opowieści o nieuczciwych praktykach restauratorów, którzy do rachunków dopisują serwis, zmianę nakrycia i bóg wie co jeszcze. A przecież jeść trzeba... Dzień po naszym powrocie do Polski w prasie pojawiły się artykuły o czwórce japońskich studentów, którzy ku swemu zaskoczeniu za obiad w ścisłym centrum Wenecji musieli zapłacić… 1100 euro! Jak więc zjeść coś dobrego i nie zbankrutować? Generalnie im dalej od najbardziej obleganych przez turystów miejsc, tym taniej. Jeśli nie zależy nam na obsłudze przy stoliku, to dobrym pomysłem jest kupienie dużego trójkąta pizzy w jednym z wielu okienek (pizza rustica), które napotkamy wędrując po mieście. To koszt 3-4 euro za całkiem smaczny i bogaty w składniki kawałek. Jeśli chcemy przy okazji odpocząć, to warto zwracać uwagę na menu, w którym servizio (dodatek za obsługę, zazwyczaj 10% wartości rachunku) lub coperto (opłata za zajęcie miejsca przy stole, czasami nawet w wysokości kilku euro za osobę) powinny być wyszczególnione. Warto też pamiętać o różnicach pomiędzy poszczególnymi lokalami, których już sama nazwa może nam wiele powiedzieć. Najdroższe są oczywiście ristorante, gdzie spotkamy się z obsługą w białych koszulach. Mniej zapłacimy prawdopodobnie w trattorii (choć nie jest to regułą), która nie jest miejscem tak oficjalnym, a potrawy są równie smaczne. Najbardziej przypadły mi do gustu niewielkie osterie, prowadzone najczęściej przez jedną rodzinę, w których serwowana jest lokalna kuchnia, nie ma w nich restauracyjnej nadętości, a ceny nie przyprawiają o zawrót głowy. Również atmosfera lokalu jest luźna, często właściciel zaprasza gości stojąc przed drzwiami swego lokalu. Są jeszcze oczywiście znane wszystkim pizzerie (w przeróżnych kategoriach cenowych) oraz bary szybkiej obsługi, gdzie zjemy panini, czy inne drobiazgi, popijając to kawą. Nie sposób nie wspomnieć o weneckich cukierniach, które kuszą kolorowymi smakołykami na wystaawach - naprawdę trudno się w nich nie zakochać!

     Kilka dni spędzonych w Wenecji to zdecydowanie za mało, by poznać ją w pełni. W ciągu trzech pełnych dni udało nam się jednak zobaczyć sporo, także miejsc nieoczywistych, do których rzadko docierają turyści. Niestety, a może właśnie „stety”, zagłębienie się w weneckie klimaty powoduje niedosyt, który trzeba będzie przy jakiejś nadarzającej się okazji zaspokoić. Już w planach pojawiły się typy na miejsca niezwykłe, mało kojarzone z Wenecją, a jednak charakterystyczne dla niej. Siłą rzeczy więc, niniejszy artykuł potraktować trzeba jako część pierwszą, na pewno będzie kolejna…

Waldemar Brygier - NaszeSudety

 


Zobacz także:
strona www sieci A&O Hotels 
strona www weneckiej karty turystycznej 
strona www weneckiej aplikacji komunikacji miejskiej 

Galeria

  • Dodaj link do:
  • facebook.com
 

Komentarze

Komentarz
Facebook