Ciekawe miejsce: Wambierzyce
Lewiatan przy głównym placu był otwarty, toteż przyciągał jak magnes tych, których spod ciepłych kaloryferów poniemieckich kamienic wypędziło alkoholowe delirium. Starali się rozpłynąć, zrzucić ciężar uwagi z siebie na majestatyczne schody wielkiej świątyni która wyrastała im na przeciw. Na próżno. Byli temu miejscu potrzebni. Tworzyli kontrast dla świętego przybytku, obdzierając go z niepotrzebnego nadmiaru patosu. Taka musiała być kiedyś Jerozolima. Miasto w którym jak w wielkim tyglu mieszali się Żydzi, Chrześcijanie i Arabowie. Gdzie w cieniu wielkich religii toczyło się zwykłe życie tych co chcieli kupić i tych co chcieli sprzedać. W tej Kłodzkiej Jerozolimie do jednego Boga zanosili swoje modlitwy Czesi, Niemcy a ostatnio także Polacy.
Wchodzę w obłuszczone i wilgotne uliczki Wambierzyc. Słońce świeci już zbyt nisko, by mogło osuszyć odrapywane przez lata ściany. Na jednej z nich rozłożyła swe ramiona postać młodej kobiety. Miała jej urosnąć broda, wymodlona po to by odstraszyć pogańskiego zalotnika. Kawaler porzucił pomysł ożenku jak niepyszny, a rozwścieczony ojciec kazał ją ukrzyżować. Kościół przez pięć wieków uznawał Wilgefortis za świętą, a jej kult zawędrował z Portugali aż tu. Dziś się do niej nie przyznaje.
Kalwaryjskie kaplice pną się po grzbiecie góry przypominając antyczną nekropolię. Najbardziej martwe jednak są tam niemieckie dzwony. Podarowane w geście pojednania przez mieszkańców dawnego Albendorf, nie mogą do dziś znaleźć dla siebie miejsca. Brak na nie pieniędzy. Dotykam je wzrokiem, przesuwam spojrzenie po rozrzuconych na wzgórzach kaplicach, aż w końcu zatrzymuję go na szczycie tego wielkiego sudeckiego stołu - Szczelińca.
Minione ciasno wypełnia tą przestrzeń i z trudem w kłodzką dolinę Cedronu próbuje wedrzeć się dzisiaj i jutro.










