Kowary ponad 300 lat temu...

Wędrując w Rudawach Janowickich zielonym szlakiem z Kowar na Skalnik, na niektórych mapach można jeszcze przeczytać, że ta leśna droga była kiedyś nazywana Starym Traktem Kamiennogórskim. Była to jedna z nielicznych tras wiodących do znanych w całej Europie cieplickich wód. A kto nią przejeżdżał podleczyć swoje zdrowie w XVII wieku? Czy Kowary były na tyle atrakcyjne turystycznie, że warto było się zatrzymać na dłużej? Tym razem będzie to opowieść o słynnej królowej Marysieńce, która w blasku sławy swojego męża po chwalebnej Wiktorii Wiedeńskiej przejechała przez Kowary w 1687 roku. A było to tak:
Na dzisiejszej przełęczy Pod Bobrzakiem widać było olbrzymi orszak. Nic dziwnego, ponieważ polska królowa podróżowała z całym swoim dworem liczącym ponad tysiąc darmozjadów, przepraszam dworzan, którzy przez swoją liczbę podkreślali wielkość swojej Pani. Cóż, takie były czasy. Dwór przyszłej cesarzowej Marii Teresy liczył 15 tysięcy dworzan. I nikogo to nie dziwiło. Ile wozów potrzeba było, aby przetransportować podróżnych z ich bagażami? Jeśli przyjąć, że jeden wóz przypadał na 4 osoby, to otrzymujemy pokaźny konwój w liczbie 250. Zakładając, że wóz z parą koni ma 5 metrów długości, a odległość między wozami wynosi 10 metrów to kolumna musiała się rozciągać na prawie cztery kilometry. To musiało robić wrażenie wielkości, przepychu i splendoru dworu królewskiego.
Królowa podróżowała w bogato zdobionej karecie zaprzężonej w sześć wspaniałych koni z trojgiem swoich dzieci: dwoma młodszymi synami Aleksandrem i Konstantym oraz córeczką Teresą Kunegundą. Wyjazd na cesarski Śląsk był zupełnie prywatny, w celu podleczenia nadwątlonego zdrowia. Habsburgowie byli wielce zaniepokojeni tym polskim najazdem, przecież Dolny Śląsk to dawne piastowskie dziedzictwo, tak więc orszak otrzymał cesarskiego oficera - agenta, który czuwał nad politycznym bezpieczeństwem państwa.
Stary Trakt Kamiennogóski jak na tamte czasy był wygodną brukowaną drogą. Mimo że kareta królowej była dobrze wyposażona, pasażerowie używali dodatkowych poduszek, aby nie obijać się podczas podróży po górskich kamieniach. Sama Marysieńka siedziała na atłasowej kołdrze podarowanej przez Jana III wyszywanej przez pierwszą żonę wezyra Kara Mustafy. Podróż z Rzeszowa (królowa wracała z ukraińskich dóbr Sobieskich) niezmiernie się dłużyła. Malownicze widoki sudeckie nie robiły żadnego wrażenia na podróżnych. A jakie landszafty były wtedy atrakcyjne? Modne w czasie baroku były parki, lecz takie w których każdy krzaczek był przystrzyżony. Podobały się krajobrazy zmienione przez człowieka. Naturalna przyroda ciągle budziła grozę. Nawet Krzysztof Leopold Schaffgotsch – towarzysz broni męża spod Wiednia goszczący Marysieńkę, pan na Chojniku i właściciel Cieplic, zawsze polował w asyście księdza egzorcysty z obawy przez nieziemskimi istotami grasującymi w górach i lasach. Orszak wjeżdżający w góry chciał jak najszybciej dotrzeć do celu. Niestety podróż dłużyła się niemiłosiernie i trzeba było jakoś zabić czas. Na początku były pacierze.
Następnie konwersowano w różnych językach w ramach edukacji dzieci. Najmodniejszym wówczas językiem był francuski. W końcu zapadała cisza. Królowa wyciągała listy od swojego męża, który musiał niemal codziennie zdawać epistolarną relację swojego życia. Gdyby tego nie zrobił, miałby niezłą awanturę po powrocie. Maria Kazimiera wyciągnęła listy i czytała, a te ulubione czytała wielokrotnie. A co Sobieski jej pisał? Trzeba przyznać, że tę sztukę opanował do perfekcji. Jego listy są przykładem barokowego języka i tak dalej, i tak dalej. Nudy? Wręcz przeciwnie, to co pisał, często nie nadaje się do uczenia w szkole. Jednak czytającej Marysieńce uciążliwa droga dzięki temu mijała szybciej. Proszę, tutaj znajdą Państwo kilka próbek kreatywności króla. Nieraz Wci duszy mojej prosiłem, abyś mię nie tylko w sercu kochała, ale i powierzchowną miłością, car j'aime fort a estre caresse [ponieważ uwielbiam być pieszczony]. Fragment z innego listu: A teraz całuję począwszy od busieńki, wszystkie śliczności, a najbardziej tyteńki, muszeczkę i pajączka i śliczne nóżeczki. W innym liście: Całuje utrapiony Celadon milion razy od oczka ślicznego aż do samych nóżek. Cyceczki i brzuszek jak się mają, oznajmij panno Sylwandrowi. W jeszcze innym: Co strony szylwachta, lubo go już i postem morzę, co samemu bardzo szkodzi pryncypałowi, nic mu to przecię nie pomaga. Wytrwać dłużej niepodobna. Siec go może chyba śliczna ręka najwdzięczniejszej Astrei [Marysieńki], od której usieczona i sama la Poudre [Sobieski] miałaby sobie za największe szczęście, byleby to jednak być mogło jak najprędzej. Najśliczniejsza Jutrzenka [Marysieńka] znać, że mało dba i o Celado [Sobieskiego] i jego szylwachta, bo nie pyta, jeśli się zaleca, ani mu tego broni i zakazuje, co jest takim znakiem odmiany i niekochania, jako słońce na niebie, bo to jest indifference [obojętność], która milion razy gorsza niźli haine [nienawiść] i gniew największy. Na buzi królowej zawitał uśmiech, ten rozkoszny uśmiech, który zawsze się pojawiał, gdy spotykała się z mężem po dłuższym rozstaniu. Nagle konie gwałtownie stanęły. Coś je wyraźnie spłoszyło. Dzieci szybko wyjrzały przez okno ciekawe nagłego zdarzenia, które przerwało monotonię podróży. Przy drodze stał człowiek w podartych ubraniach z laką, a raczej kosturem. Brodata twarz zasłonięta była kapturem, przez który nie można było przyjrzeć się twarzy.
Konstanty zawołał:
- Pamiętacie, co mówił cysters z Krzeszowa o górskim złośliwym stworze, co mgłę i burzę podróżnym zsyła? Jak on go zwał? - zawołał Konstanty.
- Ribencal, tak go nazwał, Ribencal!- odpowiedziała Teresa.
Przerażona matka wyjrzała przez okienko w drzwiach karocy. I wybuchnęła śmiechem.
- Toż to dziad zwykły, a nie duch - i zagadała po francusku - Bonjour, grand-père.
- Witaj królowo! - odpowiedział dziad – ja Waszą mowę rozumiem, ja jestem Ślązak.
- Co tu robisz, dziadu?
- Wróżę i wieszczę – odpowiedział.
Marysieńka zadowolona chciała zabawić się kosztem starego przybłędy. Zaczęła zadawać pytania na różne tematy związane z przyszłością, ale odpowiedzi były dziwne i niezrozumiałe. W końcu nieznany człek z imienia zapytał się o najstarszego syna. Polska królowa zdziwiona, że wiejski wróżbita znał jej rodzinę zagaiła go o przyszłość pierworodnego.
- O Pani. Pieniądze będą jego zgubą. Nie dadzą mu tego, czego zapragnie. A potem trafi nawet do więzienia.
- Merde! Arrêter de parler – zakazała zdenerwowana mówić dalej. Po czym zauważyła kozę pasącą się nieopodal na małej polanie. - A co będzie z tą kozą?
- Wilk ją pożre.
Maria Kazimiera uśmiechnęła się lekceważąco. Po czym nakazała eskorcie upiec kozę na rożnie i zjeść. Uradowani żołnierze od razu zajęli się ubiciem zwierzaka i rozpaleniem ognia. Taka uczta nie zdarza się często. Królowa nakazała jechać dalej w dół w kierunku doliny Jedlicy zadowolona ze sposobu, w jaki wybrnęła z niezręcznej sytuacji. Nie mogła wiedzieć, że po wyżerce z braku czasu żołnierze zostawili upieczonego w połowie zjedzonego zwierzaka na pastwę losu. W nocy na opustoszałym Trakcie zjawił się stary wilk i dokończył to, co los mu pozostawił.
Marysieńka z rodziną bawiła w Cieplicach prawie siedem tygodni. Musiała przerwać kurację, kiedy dowiedziała się, że jej mąż zaniemógł. W tym czasie brała prawie codziennie kąpiele. Dwie dwórki stały ze świeżymi płatkami róż pod nosem władczyni, aby zabić zapach cieplickich wód, bo jak mówią starzy przewodnicy, woda pachnie jak jajka wielkanocne na siódmą niedzielę po zielonych świątkach. Wynik kuracji był zadowalający. Marysieńka obiecała wysłać również króla do cieplickich wód na podreperowanie zdrowia.
A przepowiednia? Przepowiednia się niestety sprawdziła. Królewicz, najstarszy syn królewskiej pary chciał zostać wybrany na króla w Polsce. Do tego potrzebne były mu oczywiście pieniądze i to w dużej ilości. Matka w trosce o los syna nie chciała mu ich użyczyć. Po strasznej awanturze Jakub musiał szukać innych źródeł finansowania. Do tego kłótnia między matką a synem miała bardzo negatywny wpływ na zwolenników młodego Sobieskiego jako przyszłego władcy elekcyjnego. Marysieńka poniewczasie zrozumiała, że bez pieniędzy pierworodny nie zostanie władcą, a ona straci wszystkie wpływy w Polsce. Niestety nie udało się odwrócić biegu wydarzeń. Króla w Polsce wybrali nam już ościenni władcy, a wolna elekcja okazała się czystą farsą. Kilka lat później Jakub został zatrzymany we Wrocławiu i osadzony w twierdzy Koenigstein, żeby czasem nie pomyślał o ubieganiu się o tron w Polsce w czasie wojny północnej.
A Kowary? Cóż, przejazd królowej przez Kowary zrobił ogromne wrażenie na tubylcach i jeszcze przez wiele lat wspominano przepych i bogactwo polskiej królowej. A dziad? Hm, nikt go już nigdy nie widział.



