W 1968 roku turnovski garnizon oparł się najeźdźcom
Spokój był zdumiewający. Podczas, gdy tysiące pojazdów okupacyjnych i setki czołgów krążyły po drodze z Liberca do Pragi, omijały jednak samo miasto, leżące zaledwie o dosłownie rzut beretem od trasy ich przejazdów. Jest 23 sierpnia 1968 roku i mieszkańcy zaczynają się niepokoić. Jak to możliwe, że wciąż mogą swobodnie oddychać, skoro kraj od dwóch dni znajduje się pod okupacją wojsk Układu Warszawskiego?
Podobne nazwy miast Turnov i Trutnov były mylące i czasem sprawiały problemy, co działo się już od momentu ich powstania. Jednak w sierpniu 1968 roku mieszkańcy Turnova mogli z tego podobieństwa skorzystać w nieoczekiwany sposób. Przynajmniej na jakiś czas. Podczas gdy dwa pułki okupacyjne przybyły w godzinach porannych do Trutnova, żaden nie dotarł do Turnova.
Dwa dni później, rankiem 23 sierpnia, zaginiony polski pułk zdał sobie sprawę ze swojego błędu i pojawił się przed koszarami w Turnovie. Jakież jednak było zdziwienie polskich żołnierzy, gdy brama się otworzyła i powitały ich haubice, równo ustawione wzdłuż koszar. Dowódca miejscowego garnizonu oznajmił stanowczo oświadczył, że jeśli do wieczora się nie wycofają, rozniesie ich z pomocą połowy miasta.
Mieszkańcy Turnova nie próżnowali. Dowództwo garnizonu wydało jasny komunikat: będą bronić się przed wrogiem. Miejscowy garnizon był w stanie gotowości, a żołnierze pilnie ćwiczyli bezpośredni ogień z armat. I nie tylko oni przygotowywali się do bitwy. Sami mieszkańcy Turnova prosili o udział w ćwiczeniach wojskowych. Nawet przedstawiciele lokalnych fabryk zachęcali żołnierzy, by się nie poddawali i bronili wolności dostępną bronią. Działo się tak pomimo faktu, że rząd wyraźnie nakazał armii czechosłowackiej, aby nie stawiała oporu i współpracowała z przychodzącymi wojskami Układu Warszawskiego.
Polscy żołnierz byli w szoku. Nie spodziewali się tak odważnego oporu. Na próżno ich dowódca domagał się zakazu przemieszczania się żołnierzy czechosłowackich poza koszary, wycofania artylerii, czy złożenia broni. Wszystkie żądania były natychmiast odrzucane. Polacy nie chcieli angażować się w bezpośrednie walki na nieznanym im terenie. Nie mieli więc innego wyjścia, jak wycofać się z czołgami poza miasto, gdzie założyli obóz. Groźnie skierowali lufy swych czołgów w kierunku miasta. Do końca miesiąca nikt jednak z nich do koszar nie wjechał.
Determinacja turnovian i miejscowego garnizonu osłabła po 27 sierpnia, kiedy władze państwowe podpisały tzw. protokół moskiewski. Dla wszystkich stało się jasne, że w razie konfliktu nikt nie przyjdzie im z pomocą. Co więcej, pod koniec września nadeszła kara z góry – pułk artylerii z Turnova musiał opuścić koszary i ustąpić miejsca garnizonowi radzieckiemu. Nikt jednak nie mógł powstrzymać ludzi przed pożegnaniem się ze „swoimi żołnierzami” i podziękowaniem im.





