O Vogelhannesie - duchu ze Smolnej
Jedną z legendarnych postaci Gór Bystrzyckich, przewijającą się w wielu podaniach, jest Vogelhannes. Jego imię trudno sensownie przetłumaczyć. Pierwszy człon pochodzi od Vogelbergu – Ptasiej Góry, drugi od imienia Johannes, może więc po prostu: Jan ze Smolnej? Niegdyś przypisywano mu wszystko złe, co zdarzało się w górach. Przez kilkaset lat pokuty ponoć bardzo złagodniał, ale i dzisiaj potrafi zmylić wędrowca, sprowadzić go na manowce albo zawieruszyć mu plecak. Skąd wziął się ten osobnik?
Rzecz działa się w XVII w. Młody syn chłopski spod Polanicy odziedziczył spory szmat ziemi, ale życie rolnika nie było jego marzeniem, więc spieniężył spadek i kupił przy kłodzkim rynku karczmę. Wkrótce zasłynęła ona z awantur wszczynanych przez jej gospodarza. Po kłodzkich uliczkach niosły się wrzaski wiecznie podpitego Hanysa (takie przezwisko do niego przylgnęło) i jego złośliwy śmiech, niepodobny do ludzkiego. Obawiano się poważnie, czy od tych hałasów nie runie dopiero co wybudowana wieża ratusza. Personel karczmy nieustannie obrzucany był wyzwiskami, a czasami nawet czymś cięższym. Ulubioną rozrywką Hanysa było targanie podwładnych za uszy. Przy tym wszystkim był sknerą i oszukiwał klientów. Sąsiedzi życzyli mu więc jak najgorzej. Cudownie uspokajała Hanysa jedynie muzyka fletu. Gdy w czasie burdy udało się sprowadzić flecistę, pijak uciszał się, zasłuchany w jego grę.
Ciche życzenia kłodzkich mieszczan wkrótce się spełniły – Hanys „długo nie pociągnął”. Szybko jednak zaczęły się nowe kłopoty. Już w pierwszą noc po jego śmierci w karczmie naczynia same spadały z półek, szyby pękały, szpunty wyskakiwały z beczek, piwo i wino zalewało piwnice. Rano czym prędzej urządzono pogrzeb, ale trumna okazała się dziwnie ciężka i spadła z ramion niosących ją mężczyzn, a wtedy z wieży ratusza rozległ się znajomy śmiech i przerażeni ludzie zobaczyli na rynnie małego demonka – Hanysa, z wielką butlą, z którą nie rozstawał się za życia. W trumnie zaś znaleziono tylko kamienie, takie same jak na pobliskim Vogelbergu. Pogrzebano je, ale od tej pory Hanys rozrabiał na cmentarzu.
Po roku zdesperowani mieszczanie wezwali z Głuszycy specjalistę od przepędzania złych duchów. W wydobytej trumnie ukazało się nietknięte ciało Hanysa, z którego po nacięciu trysnęła krew. Uradzono, że trzeba wywieźć zwłoki na Vogelberg. Za furmanką z trumną szli grabarz i inkwizytor, za nimi trzynaście starych prostytutek, na końcu zaś tłumy gapiów. Na samej Smolnej miejsce pogrzebu wskazał biały zając, który ukazał się zgromadzonym i poprowadził ich dróżką, zwaną od tej pory Zajęczą Ścieżką. W miejscu, w którym zniknął, na polanie zwanej Ptasią Łąką, pochowano złego karczmarza. Ważna rola przypadła owym „emerytowanym” prostytutkom, które obeszły w koło i w ten sposób zatwierdziły granice wyznaczonego dla ducha rewiru.
Eksmisja z kłodzkiego cmentarza okazała się skuteczna. Hanys, zwany teraz Vogelhannesem, przestał dokuczać ludziom. Oczywiście, o ile nie naruszali granic jego posiadłości. Gdy będąc w rejonie Smolnej, usłyszymy dźwięk fletu albo co gorsza zobaczymy grającego na nim pstrokato odzianego człowieka, natychmiast zmieńmy kierunek marszu. Spotkanie z Vogelhannesem naprawdę może być ryzykowne.
Tekst jest fragmentem przewodnika wydawnictwa Rewasz: "Ziemia kłodzka"
Zobacz także:
książka "Jasiek-Ptasiek ze Smolnej" w Sudeckiej Księgarni Wysyłkowej...



